Mantra katolickiego umysłu.

„Czym się różni medytacja chrześcijańska od medytacji buddyjskiej? Tylko tym, że medytujący buddyści nie kasłają.”
Moim zdaniem powyższe słowa dobrze oddają zarówno poczucie humoru benedyktyna Laurence’a Freemana jak też istotę sprawy, z którą przyjechał w październiku do Wrocławia.

Freeman przemierza Świat propagując medytację chrześcijańską. W podziemiach klasztoru Dominikanów towarzyszyło mu okołu stu osób.  Wrocławski weekend wypełniło sześć półgodzinnych medytacji przeplatanych wystąpieniami Freemana.
Jak przystało na konferencje lub rekolekcje organizowane w Kościele, na sali zdecydowanie dominowały kobiety. Gdy przed pierwszym wykładem przejechałem wzrokiem po twarzach uczestników to zadziwiła mnie rozpiętość wiekowa. Poza młodzieżą było też sporo osób starszych, włączając tych, którzy wiek emerytalny osiągnęli wiele lat temu.

Wyciszenie myśli, trwanie tu i teraz jest pewno pociągające dla ludzi na każdym etapie życiowej wędrówki.

Historia tego co robi Laurence Freeman jest zwierciadłem drogi duchowej współczesnego świata. Jego inspiratorem i mistrzem był inny mnich, John Main, który ponad pół wieku temu, w malezyjskim Kuala Lumpur, pobierał nauki od hinduskiego swami (duchownego). Swami ucząc Maina medytować dawał mu chrześcijańskie mantry. Po powrocie do Europy, John Main odkrył jak wiele łączy duchowość chrześcijańskich Ojców Pustyni z tym czego uczono go na Dalekim Wschodzie. Szczególnie przypadł mu do gustu Jan Kasjan, który żył i medytował na przełomie czwartego i piątego wieku. Jan Kasjan był też często przywoływany podczas wrocławskich wykładów Freemana, który jest spadkobiercą Maina.

Radość odkrycia prostoty i duchowej głębi pustynnych pustelników wydaje się mocno towarzyszyć Laurence’owi Freemanowi. Zdecydowanie podzielam jego optymizm w sprawie medytacji. Też myślę, że medytacja może pomóc złapać duchowy oddech Katolikom, którzy duszą się pod pręgierzem urzędników w sutannach propagujących płytką religijność opartą o system zasad, praw i kodeksów.

Tylko czy w polskim Kościele Katolickim jest przestrzeń na taki „oddech”?
W podwarszawskiej wiosce byłem na spotkaniu, na które przyszedł młody ksiądz. W jego percepcji medytacja wyglądała na diabelską sztuczkę, zaś wszystkie sprawy boskie były precyzyjnie skodyfikowane; dokładnie wiedział kto i na jakich zasadach ma już zapewnione miejsce w niebie; wiedział, które ścieżki duchowe przyszły z nieba, a które człowiek sobie sam wykombinował. W pewnym sensie słuchanie jego wypowiedzi to była uczta intelektualna, bo na wszystko co mówił miał podkładkę z encykliki, fragment z Pisma lub cytat z wypowiedzi Ratzingera. Zimny urzędowy ton przepisów kościelnych został przełamany jego zatroskaną wypowiedzią o tym, że ludzie odchodzą z Kościoła, bo chrześcijanie nie żyją na miarę nauczania. Zapytałem go czy, aby te ucieczki to nie jest raczej sprawka krzykliwości z jaką prezentuje się owo nauczanie? W odpowiedzi usłyszałem, że Kościół będzie nauczał bo taka jest jego rola.

Zatem na przestrzeni kilku dni byłem świadkiem pouczającego dwugłosu. We Wrocławiu usłyszałem Freemana, który w powrocie do duchowości widzi ratunek dla Kościoła staczającego się poza orbitę ludzkich zainteresowań. Potem, na Mazowszu młody wikary potwierdził w moich oczach, że chyba tylko osiągnięcie dna marginalizacji, pozwoli na zrzucenie z kapłańskich oczu bielma wydumanych paragrafów i wejście na ścieżki prostej, otwartej duchowości.

Póki co mamy namacalne sukcesy mentalności wikarego, które obrazuje opowieść znajomej ze Szczecina. W jej mieście jest jedna malutka grupa medytujących chrześcijan i cztery grupy buddyjskie. Rzecz jasna uczestnicy, grup buddyjskich wywodzą się z katolickich rodzin, lecz naturalniejsze jest dla nich medytowanie z wyklętymi przez księży buddystami, niż tracenie energii na dołączenie do kilku osób, które wypalają się w przekonywaniu wszechwładnych proboszczów, że także w chrześcijaństwie jest miejsce na medytację.

Słuchając Laurence’a Freemana pomyślałem, że lubi on prowokować słuchaczy. Na pierwszym wykładzie oznajmił, że chrześcijańska medytacja kształtuje w ludziach umysłowość katolicką czyli „catholic mind”.
Moim skojarzeniem tego zwrotu była umysłowość klerykalnej arogancji wyrzucająca medytację wraz z parafianami poza coraz bardziej pustoszejący dziedziniec kościelny.
Lecz przewrotny Freeman miał na myśli pierwotne znaczenie greckiego słowa καθολικός do określenia umysłowości powszechnej, ogólnej i otwartej na jedność. Zaś obawy parafialnych możnowładców radził przełamywać dialogiem i otwartym sercem pełnym miłości. „Bo Boga można zrozumieć miłością, a nie słowami i umysłem.”

4 myśli nt. „Mantra katolickiego umysłu.

  1. Barbara

    Chrześcijańska medytacja ma wielu zwolennków, także wśród osób duchownych. O medatycji nawet mistrz nie zawsze chce i potrafi mówić. Tego nie można posiąść za pierwszym razem,ani za drugim. To lata treningu. Zaczęłam od medytacji Tao, tej leczniczej. z powodu braku samodyscypliny nie posunęłam sią dalej. Niestety.
    pozdrawiam B.

  2. Beata

    Praktykuję medytację chrześcijańska ponad trzy lata. Polecam wszystkim. Bardzo uzdrawiające i otwierające doświadczenie. Otwiera na siebie, przez to na ludzi i na Boga

  3. numbat

    Z mojego skromnego doswiadczenia, uwazam ze rodzaj medytacji jest mniej istotny niz jej „przedmiot” lub jego brak. Czyli, czy to bedzie chrzescijanska czy buddyjska, wazne aby uciszyc nasz umysl, nieprawdaz? (Sam naklaniam sie do Filozofii Tao – ktora znam niezle).
    Chcialbym sie odniesc do ksiezy, jako ze bedac w kraju kilka lat temu, nie moglem zrozumiec buty tych ludzi budujacych plebanie prawie tak wielkie jak koscioly, a jednoczesnie odmawiajac pogrzebu biednym ludziom jesli nie zaplaca.
    W zwiazku z medytacja to chcialbym nawiazac do poprzedniego wpisu n/t „drogowskazow” – ja tego uzywam czesto, poprzez spedzenie kilku minut w ciszy zadajac sobie dane pytanie, no i w pewnym momencie przychodzi mysl zawierajaca odpowiedz. (Ja to nazywam pomoc Aniola Stroza – starodawny jestem, ha).
    PS Pozdrowienia dla Ciebie Swojak za „great blog” na ktory wlasnie natrafilem, i zaluje ze dopiero teraz.

  4. Swojak Autor wpisu

    Barbaro, rozumiem Twoją myśl, że tu nie o gadanie chodzi, ale o praktykowanie.
    Beato, jako, że znamy się osobiście to pozwolę sobie potwierdzić, iż sprawiłaś na mnie wrażenie osoby serdecznie otwartej. Czy taka jesteś od trzech lat?
    Numbak, witaj w gronie czytelników bloga! Podoba mi się Twój pomysł zadawania pytania Aniołowi Stróżowi. Dzięki, że się nim podzieliłeś.

Możliwość komentowania jest wyłączona.