W delegacji na antypodach.

Jestem w podróży. Najdłuższy lot w moim życiu. Wyjechałem z domu w niedzielę o piątej po południu, a do celu dotarłem we wtorek rano. Czyli jestem w Auckland, głównym mieście Nowej Zelandii.

Powiem przewrotnie, że wszystko jedno czy to Auckland, czy Londyn, czy Lublana, bo podróż służbowa różni się głównie czasem podróży. Reszta jest podobna. Taksówka, hotel, biuro, posiłki, hotel, biuro itd.

Rozumiem, że takie stwierdzenie może rozsierdzić osobę, która marzy o dalekich podróżach, która wiele by dała, by zrealizować marzenia o wyjeździe na antypody.

Jasne, że będąc na miejscu staram się skorzystać z okazji zobaczenia okolicy. Jednak zgodnie z prawdą Wam powiem, że wyjeżdżać z domu w ogóle mi się nie chciało.

Moje pierwsze wrażenia z Nowej Zelandii to jej niezwykła wielonarodowość. W firmowej kuchni spotkałem Rumunkę z obsługi klientów; w restauracji wino do kolacji dobierał mi Węgier; szefem zespołu, z którym tu pracuję jest południowy Afrykańczyk; jego podwładny jest z Danii; z lotniska wiózł mnie Rosjanin, a w posprzątanym hotelowym pokoju znalazłem karteczkę po polsku: „pozdrowienia od polskiego personelu zatrudnionego w hotelu Spencer :)”.

Czteromilionowa, malownicza Nowa Zelandia przyciąga ludzi z całego świata. Zresztą podczas rozmowy z urzędniczką na lotnisku zauważyłem, że ta popularność jest dla tubylców wyzwaniem imigracyjnym. Wymęczony po dwudziestu ośmiu godzinach podróży, z dopiero co zatrzymanym krwotokiem z nosa i pobolewającą głową, wyczekiwałem chwili, gdy naleję wody do hotelowej wanny i odsapnę przed pójściem do biura. Myślami byłem już w wannie, gdy przyszła moja kolej podejścia do kontroli paszportowej. Na pytanie czym się zajmuję, wyrecytowałem standardowe zdanie o badaniu oglądalności telewizji, które powtarzam na lotniskach od Szanghaju po Miami. A tu ściana pytań co konkretnie będę robił w projekcie w Auckland, jak się nazywają moi współpracownicy, pod jakim adresem jest biuro i hotel. Zgodnie z prawdą powiedziałem, że nie mam pojęcia o adresach, bo z lotniska ma mnie odebrać taksówka, a nazwiska mojego lokalnego kontaktu nie pamiętam, bo jest zawiłe, w każdym bądź razie ma na imię Rolf. Urzędniczka uniosła brew i dopytała czy mam ze sobą swoją wizytówkę. Wizytówkę miałem i zaoferowałem, że mogę wyszukać w e-mailach dane o firmie i osobach. Poszło i mogłem odebrać bagaż. Potem jeszcze rozmowa z wesołkowatym urzędnikiem sanitarnym, który zagadał do mnie po imieniu. Jego zadaniem było sprawdzić, czy nie mam ze sobą niczego co by zagrażało tutejszej przyrodzie. Potem prześwietlenie bagażu przez celników i wkroczyłem do Nowej Zelandii.

Jedna myśl nt. „W delegacji na antypodach.

  1. Monika

    Och… no masz rację Swojak … zazdroszczę Ci 😀

    Nowa Zelandia – ja koniara z umiłowania na moich pierwszych studiach z hodowla koni jako „konikiem” – wymarzyłam sobie tę hodowlę w Nowej Zelandii. Zielono, dłuugi okres pastwiskowy, przestrzenie, tereny, przyroda – wymarzone miejsce dla koni i ludzi nimi zakręconych 🙂

    pomyślnych wiatrów
    Monika

Możliwość komentowania jest wyłączona.