Oswojony Sándor Márai

Uważni czytelnicy bloga pewno wyłapali strzępy mojego dialogu z komentatorem Maćkiem na temat dziennika Sándora Márai. Zainspirowany przez Maćka zamówiłem ten sześćset stronicowy „Dziennik” w Merlinie. Właśnie dzisiaj, wylegując się w hotelowej wannie w Kuala Lumpur dotarłem do ostatnich kart książki. Już dawno nie miałem w rękach tak przyjemnej lektury.
Márai to pisarz emigracyjny. Większość opublikowanych notatek pochodzi z drugiej połowy jego życia, czyli z okresu, gdy mieszkał we Włoszech i Stanach Zjednoczonych. Jednak już od pierwszych stron zrozumiałem, że nie mam w rękach zapisków codziennej niedoli emigranta. „Dziennik” to felietony opisujące świat widziany oczami tego mądrego, doskonale wykształconego i dojrzałego publicysty, który pod koniec wojny zerwał swój związek z dziennikarstwem.

Oczywiście w książce jest też sporo osobistych obserwacji, czasem ocierających się o uniwersalne odczucia emigrantów. Na przykład poniższa notatka z 1956 roku:
„W Ameryce – we wszystkim, nie tylko w instytucjach, lecz także w przedmiotach, w sprzętach codziennego użytku, w całym urządzeniu tutejszego życia – istnieje coś specyficznego, opór, tajemnicza i niespodziewana, niepoznawalna inność. Prawdopodobnie w ludziach też ona istnieje.” Mimo sporej różnicy wieku i odległości miałem podobne odczucia. Márai przybył do USA mając pięćdziesiąt dwa lata, ja wylądowałem w Szwajcarii jako trzydziestolatek. Zatem zderzyliśmy się z innym krajem, w innej epoce i z innym bagażem doświadczeń życiowych. Lecz poczucie tej ulotnej inności mamy wspólne. Márai wraził je cztery lata po osiedleniu się w Stanach. Rok później przyjął obywatelstwo amerykańskie, lecz pozostał wyobcowanym Węgrem z amerykańskim paszportem. Szwajcaria, mimo bliskości geograficznej, dała mi odczuć swój opór równie mocno. Tutaj nawet instytucjonalne przejawy oswajania odbieram jako wyzwania stawiane przybyszowi. O ile Ameryka zaprasza imigranta do udziału w swoim życiu publicznym po pięciu latach, to Szwajcaria izoluje przybysza przez dwanaście lat, nim pozwoli mu poprosić o obywatelstwo i udział w wyborach do gminy, kantonu czy parlamentu federalnego. Mimo sąsiedzkiej serdeczności, czy wręcz przyjaźni, opisywanej przeze mnie przed paroma tygodniami, jest w Szwajcarii ta ulotna inność, którą opisał Márai obserwując życie Nowego Jorku.

Inny zapisek, z 1964 (czyli po dwunastu latach od przybycia do Stanów):
„Imigranci. Rozmowy są monotonne, bo najczęściej przechwalają się albo skarżą. Rzadko spotyka się wśród nich kogoś, kto stan własnej obcości pojmuje jako możliwość rozwoju – tak Goethe widział starość, która jest nie tylko osuwaniem się, lecz może być też Steigerung, spotęgowaniem.” Faktycznie poznałem takie „samochwały” oraz „pechowców”, lecz muszę przyznać, że mam szczęście utrzymywać przyjazne kontakty ze licznymi szwajcarskimi Polakami, którzy bez zadęcia realizują swoje pasje, oraz skromnie i serdecznie cieszą się małymi radościami codziennego życia.

Nie sposób zaprzeczyć ponadczasowej notatce Máraia z 1971:
„W Szwajcarii przyjemnie odbiera się porządek i czystość. Ale taki sposób życia jest już niemal muzealny, sterylny. W tej atmosferze człowiek twórczy prawdopodobnie nie otrzymuje bodźca, fermentu. (…) W czystym, pozbawionym kurzu powietrzu szwajcarskim czegoś brakuje: może Świętego Niepokoju, wiecznego ozonu.” Sam uparcie głoszę tezę, że rozwój gospodarczy w Polsce jest o niebo ciekawszy niż w Szwajcarii. W odpowiedzi dostaję kąśliwe komentarze ze strony osób, które wysoko cenią sobie spokój, bezpieczeństwo i przewidywalność. Lecz znajduję zrozumienie u tych, którzy są osobami twórczymi i szukają w życiu wyzwań. Nasza Polska jest krajem ubogim, są w niej spore – niespotykane w Szwajcarii – różnice klasowe. Lecz drugą stroną tego samego medalu są ludzkie aspiracje, pęd do edukacji oraz duch ciągłej zmiany i udoskonalania.

Na zakończenie przytoczę jeszcze jeden – bliski mi – fragment (tym razem napisany przez Máraia tuż przed wejściem w osiemdziesiątą wiosnę życia): „+Patrioci+. Istnieje tylko jeden rodzaj patriotyzmu: gdy człowiek z bezwarunkową wiernością i prawdziwym wysiłkiem dobrze wykonuje własną pracę tam, gdzie się właśnie znajduje. Skutki takiej postawy promieniują na jego ojczyznę.”

Maćku, dziękuję za polecenie tej książki. Informuję, że „Dziennik (fragmenty)” w przekładzie i opracowaniu Teresy Worowskiej wydał „Czytelnik” w 2007. Publikacja jest do nabycia m.in. w internetowej księgarni www.merlin.pl za 62,50 zł.

16 myśli nt. „Oswojony Sándor Márai

  1. maciek

    Witam Wszystkich po chwilowej nieobecnosci spowodowanej wizyta mojej malzonki.

    Teraz jestem znow bez Niej (Ona mieszka w Polsce) i od Niej mam najnowsze „wiesci z kraju”.

    1. Ona tez miala okazje, jadac w Bydgoszczy taksowka na lotnisko, spotkac „niecodziennego” taksowkarza. Otoz zazadal on oddzielnej zaplaty od zony i od kolezanki, z ktora jechala, a kwota, jaka zazadal byla znacznie wieksza od kwoty, ktora znaly z wczesniejszego rozeznania. Ponadto byl – delikatnie mowiac – nieuprzejmy.
    „Question is” – jak mowia Anglicy – jaka jest statystyka. Ilu mamy w ojczyznie niecodziennych taksowkarzy, a ilu „niecodziennych inaczej”?

    2. W kraju – jej zdaniem – po ostanich wyborach oddycha sie lzej. Ale w sklepach placi sie za to samo coraz wiecej!

    3. Remontu domu na razie nie robimy, bo nie ma kim.

    4. Wycinaja las w poblizu pod autostrade A1 – chwala Bogu – nasze dzieci nie beda sie tak meczyc, jak my.

    5. Wielu Polakow wypomina naszemu premierowi dziadka. Ale takze wielu uwaza, ze gdyby w naszych rodzinach bylo wiecej dziadkow pochodzenia niemieckiego – moze byloby troche lepiej.

    6. A Polska po powrocie z Anglii wydaje sie byc jednak rajem.

  2. Swojak Autor wpisu

    Maćku, witaj ponownie w naszym towarzystwie wzajemnej adoracji 🙂
    Już się niepokoiłem co z Tobą. Nawet wysłałem Ci email, który złowieszczo pozostał bez odpowiedzi. Cieszę się, że znów napisałeś.
    Ach, taksówkarze. W moim odczuciu jest to ponadnarodowa grupa zawodowa o swojej globalnej kulturze i zwyczajach. Wiem, że charakter i warunki ich pracy kształtują czasem dość niemiłe postawy. Staram się być ostrożny wybierając taksówki, bez względu na kraj i kontynent, w którym się znajduję.
    Niemieckie korzenie Donalda Tuska? Też uważam, że wnosi to wiele dobra do stosunków polsko-niemieckich. Lecz jak wiesz, ja pochodzę z Galicji, a w naszej rodzinie wielonarodowość tradycyjnie była odbierana jako norma, a nie jako zagrożenie. Niektórzy koledzy, których przodkowie żyli w innych zaborach mają pewno trochę inne podejście do „czystości narodowościowej”.
    Uważam, że dopóty dopóki Polacy i Niemcy nie rozwiążą problemu wzajemnych uprzedzeń tak długo Polska będzie balansować na pograniczu dzikiej prowincji Europy, a Niemcy będą cierpieć na brak twórczych ludzi w biznesie.

  3. maciek

    Sorry, majac klopoty ze swoja poczta w komputerze, a korzystam z niej wysylajac szefowi swoje godziny – wyrzucilem, nie czytajac, cala jej zawartosc. Nie spodziewalem sie, ze bedzie tam cos oprocz reklam.

    Ciesze sie, ze trafilem na odpowiedni grunt polecajac Ci „Dzienniki”.
    To jest najlepsza ksiazka, jaka przeczytalem w swoim zyciu.
    Mysle, ze slowa uznania naleza sie takze tlumaczce na jezyk polski.

    Przeczytalem tez dwie inne ksiazki Marai – „Ziemia, Ziemia” oraz „Krew sw. Januarego”. Pierwsza jest rozbudowanym fragmentem „Dziennikow” opisujacym okres okupacji niemieckiej na Wegrzech, druga natomiast jest powiescia, ale mocno osadzona w realiach emigracyjnego zycia autora w okresie „wloskim”.

    Moim zdaniem slowo „emigracja” powinno byc uzywane obecnie tylko w przypadku osoby, ktora – z roznych wzgledow – nie moze wrocic do ojczyzny, vide Slowacki, chyba tez Mickiewicz, no i wspomniany Sandor Marai.
    No bo jesli moge byc – chocby tylko hipotetycznie – w kazdej chwili w kraju, to czy to rzeczywiscie jest emigracja?

  4. Swojak Autor wpisu

    Maćku,
    Skąd takie ostre podejście do słowa „emigracja”? Zgodziłbym się, że „uchodźca” nie ma możliwości powrotu do kraju. lecz „emigrant” to także osoba, która na jakiś czas wyjechała za granicę i np. co miesiąc wpada do rodzinnej miejscowości na pierogi.
    Ani w słownikach, ani w potocznym rozumieniu słowa „emigracja” nie znalazłem wymogu odcięcia od wizyt w ojczyźnie. Wg PWN:
    emigracja
    1. «wyjazd z ojczystego kraju do innego państwa w celu osiedlenia się tam»
    2. «stały lub okresowy pobyt w innym państwie»
    3. «ogół emigrantów mieszkających w jakimś kraju»

    Moim zdaniem zawężenie znaczenia „emigrant” nic dobrego nie wniesie. Jak nazwać tysiące młodych Polaków w Wlk. Brytanii i Irlandii? To są przecież najzwyklejsi emigranci, tacy sami jak Portugalczycy w Szwajcarii lub Turcy w Niemczech.
    Przez lata mieszkania w Szwajcarii dość naturalnie myślałem o sobie jako o „emigrancie”. Natomiast, gdy myślałem o sobie i swoich kolegach to nie bardzo pasowało mi określenie „Polonia”. Ale to już inny temat.

  5. maciek

    Przyznaje Ci racje. Pewnie pozna pora, o jakiej przyszlo mi pisac sprawila, ze zapomnialem o „uchodzcy”.

    A Polonia kojarzy mi sie z upodlona knajpa za komuny.

  6. Swojak Autor wpisu

    Dzięki, że dałeś się przekonać w sprawie „emigrantów”, dzięki temu nie tracę w Twoich oczach moralnego prawa nazywanie siebie „emigrantem” 🙂
    Przy okazji: przerzuciłem nasz dialog do wpisu o Máraiu. Bo zaczęliśmy od taksówek, a skończyliśmy na „Dzienniku”.

  7. Swojak Autor wpisu

    Maćku, serdecznie dziękuję za życzenia. Mam nadzieję, że miałeś dobre Święta.
    Wróciłem z Malezji w ubiegłym tygodniu, więc minęliśmy się z Robertem Kubicą, który w niedzielę podbił Kuala Lumpur.

  8. Lansjer

    A to ci dopiero numer!!!…volksdeutsche blogoslawienstwem dla stosunkow polsko-niemieckich ,O.K Ale najwiecej … dobra do do stosunków polsko-niemieckich wniosloby publiczne spalenie „Holdu Pruskiego” ….he?

  9. Swojak Autor wpisu

    Gwoli ścisłości dyskusji, zdefiniujmy słowo „volksdeutsch”:
    «w okresie okupacji hitlerowskiej: osoba wpisana na listę osób pochodzenia niemieckiego, mających przywileje w stosunku do ludności polskiej»
    Jeśli rodziny z pogranicza kultury polskiej i niemieckiej wrzucimy do worka z nazwą „volksdeutsch” to chyba nie mamy o czym rozmawiać.

  10. Lansjer

    „Volksdeutsch” uzyty w odniesieniu do czesci (j)elit aktualnie zarzadzajacych naszym krajem jest okresleniem wysoce zlagodzonym! Jezeli dziadek z bronia w reku walczyl za „1000-letnia Rzesze” (wczesniej przysiegajac Fuehrerowi) a siostra tegoz dziadka zginela na Wilhelmie Gustloffie( wstep tam mieli tylko …Reichsdeutsche !) to chyba nie mozna mowic o zadnym pograniczu tylko wrogim terytorium z ktorego „roku pamietnego” wyprowadzono smiertelny dla Polski cios…..

  11. Swojak Autor wpisu

    Józef Tusk (dziadek Donalda Tuska) 2 sierpnia 1944 został wcielony do Wehrmachtu, zdezerterował i 24 listopada 1944 dołączył do polskiej armii na Zachodzie.
    Rodzina Tusk to Kaszubi, a nie Niemcy. Zaś pograniczem kultury polskiej i niemieckiej były tereny, na których mieszkali.
    Polecam też wywiad z matką Donalda Tuska, gdzie naświetla ona tło historyczne tej rodziny:
    http://miasta.gazeta.pl/trojmiasto/1,35612,4965737.html

    Lansjer ostrzegam Cię, że nie toleruję na tej stronie szerzenia nienawiści i upowszechniania półprawd. Jest to Twój ostatni komentarz tego typu opublikowany na tej stronie.
    Moją główną aktywnością nie może być prostowanie przekłamań, które szerzysz celem udowodnienia swoich tez.
    Możemy dyskutować o swoich poglądach i swojej ocenie rzeczywistości, lecz nie pozwolę manipulować faktami celem szkodzenia innym.

  12. maciek

    Podejrzewam, ze Lansjer przejadl sie podczas swiat i dopadly go senne zmory w postaci „prusakow” zerujacych na terenie naszego kraju.
    A poniewaz sprawa dotyczy roowniez mnie osobiscie – mam pytanie do Swojaka – czy moge temat rozwinac na tym blogu?

  13. Swojak Autor wpisu

    Macku, pisz i czuj sie jak u siebie.
    Tylko pamietajmy, aby poruszac tematy, a nie atakowac osob.
    Natomiast Lansjera odsyłam do wstępniaka, gdzie wyraziłem prośbę o przestrzeganie netykiety:
    http://blog.swojak.info/?page_id=2
    Do publikacji dopuszczam tylko komentarze nie mające znamion trollingu.
    Zreszta tak jak napisano w http://www.netykieta.dlawas.net/:
    Jako, że blog jest swego rodzaju pamiętnikiem, zazwyczaj prywatnym dziennikiem, tym bardziej należy respektować czyjeś uczucia, przeżycia i poglądy i z wyczuciem pisać komentarze.

  14. maciek

    Witam i pozdrawiam.

    Mialem nakrzyczec na Lansjera, ale nie zrobie tego. Po pierwsze przeszlo mi, a po drugie – za duzo pracy w pracy.
    Moze kiedys wroce do tej sprawy, a na razie powiem tylko, ze „nie taki Niemiec straszny, jak go maluja”

  15. Swojak Autor wpisu

    Maćku,
    Lansjer rozpłynął się w wirtualnej cyberprzestrzeni. Nadesłał jakieś komentarze, które uznałem za obraźliwe. Chciałem z nim to wyjaśnić przez e-mail, ale okazało się, iż podał nieprawdziwy e-mail. Zatem sprawa tego Pana jest dla mnie zamknięta.
    Jest wiele miejsc w internecie, gdzie można bez skrępowania dawać upust swoim frustracjom i rozpowszechniać radykalne oceny naszej historii, naszych liderów czy naszych sąsiadów. Niniejsza strona nie należy do tych miejsc.
    Chcę prowadzić miejsce w sieci, gdzie z szacunkiem, zrozumieniem i chwilą osobistej refleksji odnosimy się do innych osób i ich poglądów.
    Rak nienawiści, historycznej urazy, poczucia przynależności do narodu wiecznych ofiar i zbawicieli zepsutego świata nie ma większych szans zagościć na swojak.info
    Sprawa bolesnej historii polsko-niemieckiej i historii polsko-rosyjskiej jest żywa w wielu polskich rodzinach. Osoby, które potrafią wznieść się ponad urazy swoich przodków i rozmawiać z nadzieją na budowanie dobrego świata są tutaj mile widziane.
    Jak wiesz, komentarze są weryfikowane przeze mnie nim zostaną opublikowane. Tylko posty zgodne z netykietą zostają zaakceptowane.
    Dość jest w sieci miejsc typu forum onet.pl, gazeta.pl, czy wprost.pl gdzie kilka minut lektury wystarczy, aby zadać sobie pytanie czy dojrzali, serdeczni i żyjący w zgodzie ze swoim „ja” ludzie to wymierający gatunek polskich internautów.
    Ja wiem, że tacy ludzie istnieją i jest ich sporo.
    Także w moim życiu zdarzają się rzeczy złe, także wobec mniej ludzie bywają złośliwi, nieuczciwi i agresywni. Nie będziemy unikać tych zjawisk w tym blogu, lecz nadajmy im godne im znaczenie – a zwykle są one marginesem naszej codzienności.

    Ktoś sobie ostatnio żartował, że wchodzimy w rzeczywistość, gdzie – dzięki internetowi – każdy z nas będzie sławny wśród pięciu osób. Ja kupiłem domenę swojak.info, założyłem ten blog i wykupiłem trochę reklam w Google zgodnie z tym przeświadczeniem, że przyciągnę kilka osób, które cenią chwilę pozytywnego wytchnienia wśród newsów, które wszechobecnie pokazują ciemną stronę życia.

    Faktycznie, zagląda na tą stronę okołu pół tysiąca osób miesięcznie. Większość gości wpada tu na tylko na chwilę zwabiona linkiem na innej stronie. Lecz w marcu, aż ponad 200 wizyt na tej stronie trwało ponad 15 minut. To znaczy sporo osób przystanęło tutaj, i poczytało moje teksty i Wasze komentarze.
    Cieszę się, że mam grono czytelników i daje mi to motywację dalszego pisania.

Możliwość komentowania jest wyłączona.