Szwajcarska wioska

Tym razem będzie o Szwajcarii. Mój blog dotyczy przeżyć związanych z powrotem do Polski. Jednak poświęcę trochę uwagi Szwajcarii. Chodzi o moją Szwajcarię: to jak ją widzę, jakiej doświadczam i jak potrafię odnieść szwajcarskie obserwacje do polskiej rzeczywistości. Opisując wrażenia z wirtualnej wizyty w mazowieckiej wiosce napisałem o przepaści cywilizacyjnej między Szwajcarią, a Polską. Wyraziłem jednak opinię, że małe społeczności mają wiele cech wspólnych bez względu na to, w jakim kraju się znajdują. W jednym z komentarzy zostałem poproszony o rozwinięcie myśli na temat rzekomej „przepaści cywilizacyjnej”.

Cóż takiego jest w szwajcarskiej wiosce czego nie mają mieszkańcy polskich miejscowości? Wielu Polaków było w Szwajcarii przejazdem, turystycznie lub służbowo. Opowieści przywiezione z tych wizyt jakoś specjalnie nie świadczyły o tym, aby mieszkańcy nadwiślańskiej krainy mieli powody szczególnie podziwiać Szwajcarów. Oczywiście są w Szwajcarii dobre drogi, porządne pociągi, idealnie czyste miasteczka i sporo drogich samochodów. Ale to wszytko można kwitować komentarzem, iż gdybyśmy mieli tyle pieniędzy co Szwajcaria to nie takie cuda byśmy sobie poczynili.
Co więcej, pierwszy kontakt obcokrajowca ze szwajcarskim strażnikiem granicznym, konduktorem w pociągu lub sprzedawczynią w sklepie nie pozwala na jakieś bałwochwalcze peany o kulturze, serdeczności i uprzejmości alpejskich górali.
W rezultacie polski narciarz lub biznesmen często mówi, że „ta Szwajcaria to jest przereklamowana” i w gruncie rzeczy dużo fajniej jest pojechać do Włoch lub Austrii.
W takim kontekście, Swojak zauważa w swoim blogu, że Szwajcarię i Polskę dzieli przepaść cywilizacyjna. Taki ryzykowny osąd zasługuje na chwilę uwagi. Może autor nie ma pojęcia o czym mówi, a może wie coś co nie jest dane przeżyć żadnemu turyście lub biznesmenowi? Pytanie jest czysto retoryczne, bo skoro piszę blog to mam przekonanie (absolutnie subiektywne), iż mam coś ciekawego i zaskakującego do opowiedzenia.
Odwołajmy się do klasyka: Szwajcaria „jest jak cebula; ma warstwy!” (to była parafraza filmowego Shreka wypowiadającego się w ten sposób o ograch).
Shrekowa poetyka dobrze pasuje do Szwajcarii. Bowiem, aby doświadczyć tych wewnętrznych, ciekawych warstw szwajcarskiego życia społecznego trzeba wypłakać trochę łez, zupełnie jak przy obieraniu cebuli.
Pomińmy opis pierwszych wrażeń. Setki osób goszczących w Szwajcarii już opisały to zamknięcie, wścibskość połączoną z nieufnością i poczucie wyższości wobec nacji, których dochód na mieszkańca zbyt rażąco odstaje od helweckich wyników. Szybko i bezboleśnie przeskoczmy do głębszej warstwy. Jak się żyje Szwajcarom i wśród Szwajcarów? Żyje się spokojnie, serdecznie, dostatnio, bezpiecznie i z poczuciem troski ze strony bliźnich. Tak, to są moje odczucia zamieszkiwania wśród Szwajcarów od kilku lat.
Po etapie podejrzliwego podglądania i unikania bliższego kontaktu, szwajcarska społeczność zaprosiła naszą rodzinę do wspólnego życia. Ile trwało zanim obrzydliwa warstwa izolacji została zdarta? Precyzyjnie 12 miesięcy!
Włączenie do wspólnego życia ze szwajcarskimi sąsiadami to był gest pociągający za sobą natychmiastowe konsekwencje.
„- Potrzebujesz po południu mojego samochodu? Weź go, ja nigdzie się dzisiaj nie wybieram.”
„- Muszę odbyć dłuższą rozmowę telefoniczną z lekarzem czy mogę Ci na ten czas zostawić mojego czteroletniego synka?”.
„- Macie gości z Polski? Przecież nie ma sensu, abyście ich nocowali na materacu w dużym pokoju. My będziemy na urlopie. Skorzystajcie z naszej sypialni.”
„- W sobotę chciałam pojechać do Ikei, po meble. Czy moglibyśmy się zamienić samochodami, bo przydałby się Wasz minivan. Do mojego auto nie wejdą kartony.”
Powyższe cytaty to autentyczne wypowiedzi naszych sąsiadów. Mieszkamy na osiedlu, gdzie jest kilkanaście dwupiętrowych budynków wielorodzinnych. Sąsiedzi to rodziny z dziećmi, które łączy wspólne podwórko i duży garaż podziemny. Poza pojedynczymi obcokrajowcami i kilkoma małżeństwami mieszanymi, przeważająca większość to rodowici Szwajcarzy.
Tutaj, w centralnej części Szwajcarii, więzy lokalne (z ludźmi z tej samej miejscowości i z sąsiedztwa) stanowią najważniejszy element kontaktów międzyludzkich.
Na sąsiada można liczyć i sąsiad może liczyć na mnie, o każdej porze dnia. To jest tutejszy niepisany żelazny kodeks. Przysługi mają rozmaity charakter, ale mimo tych lat spędzonych wśród Szwajcarów wciąż mnie zaskakują poziomem altruizmu. Przed kilkoma tygodniami wracaliśmy z Polski samolotem do Bazylei (ok. 100 km od naszej wioski). Przylot był późnym wieczorem. Postanowiliśmy jechać do domu pociągiem. Przed wyjazdem musieliśmy asertywnie wytłumaczyć sąsiadowi, że to kiepski pomysł, aby on jechał po nas swoim autem na lotnisko. Dla niego było oczywiste, że taka przysługa może się nam przydać. Dodam, że jest to z zawodu lekarz i na brak zajęć bynajmniej nie narzeka. Przy okazji tego samego wyjazdu inna sąsiadka uznała, że nie ma sensu, abyśmy szli z walizkami na dworzec (ok. 10 minut spaceru) i odwiozła nas do pociągu.

Drogi Czytelniku, możesz uznać, że także w Polsce zdarzają się uczynni sąsiedzi i nie ma co robić z tej historii sensacji. Zatem moglibyśmy wyjść poza sąsiedzkie podwórko i pomówić o szkole,o sposobie decydowania o lokalnych planach, o relacjach mieszkańców z przedstawicielami loklanych władz itd. Pozostawmy sobie te tematy na osobny tekst.